A Day That Slipped Through My Fingers
Today I feel like I’ve been running all day… though I’m not sure if I was moving forward or just going in circles. From the early morning, it was full-on mobilization – waking up, getting the kids ready, making sure everyone got where they needed to be. Work started at 7:45, but by the time I got there, I felt like I had already lived through half a day.
Work itself? Flew by without a moment to breathe. Something was always going on – conversations, kids, things to take care of, constant “be right back” and “just a second.” I was on the move every single minute. I finally left at 5:30 PM, stopped by my husband’s unit for a quick breath and a hug, and then headed to pick up my youngest from my mom, who’d kindly picked him up from preschool.
At home, Oskar warmed up the soup. My sweet boy. I just poured it into bowls for everyone and rushed out again – grocery shopping, first on foot, then by car, because of course, you can never get everything in one place. I got back home after 9 PM… and the day still wasn’t done.
Packing for tomorrow. Sorting bags, lists, and thoughts. Tomorrow I’m heading to Kraków with Klaudia at 3:16 PM. But first – work starts at 7:30 AM, and the bus comes for Alex just after 6 AM. I feel like I’m living on a stopwatch that’s been set to “go, now, faster.”
My step counter says 22,000. And I honestly feel like I didn’t walk through a single moment of peace today. It was a day full of worry, constant “will I make it,” “am I forgetting something.” One of those days that just happen before you even get a chance to feel them. And they leave your mind blank – not because they didn’t matter, but because there wasn’t enough space in them to just be.
Dzień, który przeciekł mi przez palce
Dziś czuję się, jakbym biegła cały dzień… tylko nie wiem, czy do przodu, czy w kółko. Od rana pełna mobilizacja – pobudka, szykowanie dzieci, ogarnianie wszystkiego, żeby każdy trafił tam, gdzie trzeba. Praca od 7:45, ale zanim tam dotarłam, miałam już wrażenie, że przeżyłam pół dnia.
Dzień w pracy? Zleciał nie wiadomo kiedy. Ciągle coś się działo – rozmowy, dzieci, sprawy do załatwienia, wieczne „zaraz wracam” i „poczekaj chwilkę”. Byłam w biegu od pierwszej do ostatniej minuty. Wyszłam dopiero o 17:30 i zanim dotarłam do domu, zahaczyłam jeszcze o jednostkę – na moment, dosłownie na złapanie oddechu z mężem – i dalej w drogę po najmłodszego, którego odebrała dziś moja mama.
W domu Oskar odgrzał zupę. Kochany chłopak. Ja tylko rozlałam wszystkim porcje i znowu w biegu – zakupy, najpierw pieszo, potem autem, bo oczywiście nie wszystko da się załatwić w jednym sklepie. Do domu wróciłam po 21… a dzień się jeszcze nie skończył.
Pakowanie na jutro. Ogarniam torby, listy, myśli. Jutro ruszam z Klaudią do Krakowa o 15:16. Ale zanim to – praca od 7:30, a bus po Alexa przyjeżdża chwilę po szóstej. Mam wrażenie, że żyję na stoperze, który ktoś nastawił na ciągłe „już, teraz, szybciej”.
Mój licznik kroków pokazuje 22 tysiące. A ja czuję, że nie przeszłam dzisiaj ani jednej chwili w spokoju. To był dzień pełen niepokoju, ciągłego „czy zdążę”, „czy o czymś nie zapomnę”. Jeden z tych dni, które się dzieją, zanim zdążysz je poczuć. I które zostawiają w głowie pustkę – nie dlatego, że były nieważne, tylko dlatego, że zabrakło w nich przestrzeni na chwilę dla siebie.
This report was published via Actifit app (Android | iOS). Check out the original version here on actifit.io